W kraje bałtyckie…? Czemu nie…

//W kraje bałtyckie…? Czemu nie…

W poniedziałek 11 marca, o godzinie 5.15 – zbiórka. Na dworze jeszcze trochę ciemnawo, zimno, nawet zaczęło padać. Na szczęście szybko pojawiła się policja (autokar trzeba sprawdzić – a jakże) i po kontroli – w drogę. Już o 6.15 zaczęła się nasza wędrówka ludów. Trasa biegła naokoło Warszawy, oczywiście z postojami, a po kilku godzinach jazdy nareszcie pojawił się pierwszy punkt wyprawy – Tykocin. Ujrzeliśmy plac i kościół parafialny pw. Świętej Trójcy, budynek Synagogi Wielkiej, pomnik hetmana Stefana Czarnieckiego na tykocińskim rynku, pomnik Orła Białego, dawny klasztor misjonarzy, most na rzece Narwi, a w oddali – ruiny zamku w Tykocinie. Baaaaardzo rzeczowy przewodnik sprawnie oprowadził nas po miasteczku, a my po pobycie w Tykocinie wróciliśmy do autokaru, aby udać się na zwiedzanie Białegostoku. Przez chwilę bawiliśmy się w „Poszukiwaczy Pustego Parkingu”, ale ostatecznie wylądowaliśmy tuż obok barokowego zespołu parkowo-pałacowego Branickich (niestety – poniedziałek i muzeum zamknięte), zwiedziliśmy katedrę w Białymstoku oraz obejrzeliśmy przeuroczy rynek i ratusz. Warto wspomnieć, że z miastem był związany twórca esperanto – Ludwik Zamenhof. Niestety, dzień się kiedyś musiał skończyć i ten właśnie skończył się w Augustowie, w hotelu Krechowiak (taaak… lokowanie produktu…).

A tam obiadokolacja i kwaterunek w bardzo wygodnych pokojach. Potem spanie…

Rankiem pobudka i śniadanko… hm… palce lizać… i do autokaru w dalszą drogę na Litwę. A tam śnieg :)… Na szczęście byliśmy w autokarze, który bezpiecznie zawiózł nas do Druskiennik… (takie litewskie Ustronie i Krynica Zdrój). Miło było, ale krótko, bo przed nami ważniejsza część – Troki, niegdyś stolica Litwy. Piękne uliczki, kościół (obowiązkowo), domki Karaimów i zamek w Trokach – przepiękny przykład architektury gotyckiej. Zamek na wyspie sprawiał niesamowite wrażenie. Był po prostu przecudny. Czerwona cegła, wieżyczki, baszty. Na koniec wizyta w restauracyjce, czyli kibyny z mięsem lub szpinakiem, lub serem… i do Wilna! Późnym wieczorem zawitaliśmy do stolicy Litwy. Hotel… cóż… prawdziwe czary-mary – pokoje dwuosobowe nagle stały się trójkami. Na szczęście kolacja okazała się pyszna.

Pobudka o 7, śniadanie i o 9 wyjazd z panią Teresą (przewodnikiem po Wilnie) do miasta. Czego tam nie było… Kilka uroczych kościołów, cerkiew, muzeum Mickiewicza, Uniwersytet Wileński, starówka w Wilnie, Ostra Brama. A w międzyczasie pyszne zeppeliny w restauracji (niektórzy przecenili swoje możliwości 🙂 ). Pogoda trafiła się akurat na zwiedzanie. Była też Góra Trzykrzyska, był cmentarz Na Rossie, gdzie złożyliśmy kwiaty na grobie serca marszałka Józefa Piłsudskiego. A sam cmentarz, jeżeli można tak powiedzieć, jakby wyjęty żywcem z gotyckiego horroru. Potem zakupy w IKI, powrót do hotelu, obiadokolacja i o 22.30 wszyscy w swoich pokojach, bo rano wcześnie wyjazd do Rygi.

I faktycznie, przewodnik pan Tomasz nie kłamał – pobudka bardzo wcześnie, śniadanie za to pyszne i można ruszać w drogę. A potem działo się, oj działo! Podczas podróży nagle huk (całkiem jak z karabinu) i co…? Padliśmy ofiarą przemysłu oponiarskiego. Darmowa atrakcja – poszła guma… więc przymusowy postój. Panowie na lewo, panie na prawo… i po tym, jak panowie kierowcy sprawnie zmienili oponę – w dalszą drogę. W końcu około południa – Ryga. I od razu niespodzianka. Na jednej z ulic, obok kamienic zwanych Trzema Braćmi, dwaj grajkowie zagrali… nasz hymn. Stanęliśmy jak wryci, ale wzruszeni nie poskąpiliśmy grajkom „eurotasów”. To było sympatyczne, zwłaszcza że zaraz zagrali też Karolinkę. A później od razu zwiedzanie: Stare Miasto, Muzeum Wojny, katedra, Czterech Muzyków z Bremy. Wreszcie obiad w miłym barze Pielmieni, gdzie zjedliśmy pyszną soliankę (taka zupa) oraz równie pyszne pierożki o nazwie pielmeni. I niech żałują ci, co wybrali Maka…

A potem pożegnanie Rygi i do Tallina. Późny przyjazd, obiadokolacja, zakwaterowanie… Ci, co chcieli, poszli z opiekunami do miasta na „Tallin nocą”. Było fantastycznie. Późne spanie wprawdzie, ale rano śniadanie dopiero o 8.30-9.00. Potem bagaże do autokaru i znowu w miasto… Starówka w Tallinie jest przefantastyczna! Oświetlone uliczki, wieże obronne, mury, bramy (pod górę i w dół), do tego gwar na ulicach, sporo ludzi, otwarte knajpki, sklepiki – wszystko sprawiało niesamowite wrażenie. Był czas na zakupy i kawę włoską. Po obiedzie w rosyjskiej restauracji – do autokaru i… do domu.

W ciągu tych 6 dni spędzonych razem obejrzeliśmy wiele ciekawych miejsc zarówno w Polsce, jak i na Litwie, Łotwie i w Estonii. Ciekawy Tykocin, przepiękny rynek w Białymstoku, jakże polskie Wilno, bardzo interesująca Ryga i na koniec perła – Tallin… Miasto przepiękne. Zarówno w dzień, jak i w nocy wzbudza niekłamany zachwyt. Próbowaliśmy również potraw regionalnych. Były dania kuchni litewskiej, łotewskiej, rosyjskiej…

Gdzie za rok…? hm… 🙂 ….Hiszpania… 🙂 ?

2019-03-29T08:17:01+00:00